
Dostałam dzisiaj dwie godziny dla siebie.
Można powiedzieć: tylko dwie.
A ja pomyślałam: aż dwie.
Była kawa. Nawet dwie — ale spokojnie, nie obie moje. 😂
Było coś słodkiego, ogród i jesień, która jeszcze trochę udawała lato.

Chodziłam między drzewami, zaglądałam pod gałęzie, próbowałam owoców i oczywiście nie mogłam przejść zwyczajnie tam, gdzie można było choć na chwilę oderwać nogi od ziemi.

Nic wielkiego się nie wydarzyło.
I może właśnie dlatego było tak dobrze.
Bo czasami nie potrzebuję dalekiej podróży ani całego wolnego dnia. Wystarczą dwie godziny, żeby przypomnieć sobie, że zachwyt nad pięknem też potrafi nakarmić.
A potem wracam do swojego życia.
Nie z nowym planem.
Nie z wielkim odkryciem.
Po prostu trochę bardziej obecna.
Dwie godziny dla siebie.
A jednak cały kawałek życia.
