Bieszczadzki anioł przyszedł pieszo

Spakowałam nadzieję do plecaka.

Tym razem naprawdę była mi potrzebna.

Wyjeżdżając na weekend w góry, nie miałam zarezerwowanych noclegów. Do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy będę mogła zostawić mamę pod opieką ani czy moja niedawno skręcona kostka poradzi sobie z wyzwaniem, jakie sobie wymyśliłam — Babią Górą i Tarnicą.

Nie chciałam więc niczego rezerwować na zapas.

Pomyślałam tylko, że jakoś sobie poradzę. Że może los, ludzie, przypadek — a może ten mój wszechświat — trochę mi pomogą.

I pojechałam.

Pierwszego dnia, po zejściu z Babiej Góry i kilku próbach znalezienia miejsca, udało się. Trafiłam do przytulnego zajazdu z bardzo miłą obsługą.

Następnego ranka ruszyliśmy w Bieszczady.

Pięć godzin drogi spędziłam właściwie z telefonem przy uchu. Hotele, pensjonaty, agroturystyki…

Nic.

Długi świąteczny weekend zrobił swoje.

W końcu zaczęłam oswajać się z myślą, że jeśli będzie trzeba, prześpię się w samochodzie.

Ale czas uciekał, a przede mną była jeszcze Tarnica.

Po południu ruszyłam więc na szlak.

Przy kasie kupiłam magnesy z bieszczadzkimi aniołami. Znałam piosenkę „Bieszczadzkie anioły” Starego Dobrego Małżeństwa i zostało mi w pamięci jedno zdanie o dotknięciu anielskim skrzydłem.

Uśmiechnęłam się do tej myśli i poszłam dalej.

Od pierwszych kroków miałam dziwne poczucie, że jestem tutaj mile widziana.

Moje stopy były zmęczone po poprzednim szczycie, a jednak droga jakby dopasowywała się do mojego kroku. Trochę drewnianej kładki, mostek, trochę kamieni i korzeni. Zapach roślin, drzewa, powietrze.

Nie spieszyłam się tylko po kolejny szczyt.

Szłam wszystkimi zmysłami.

A ponieważ podczas chodzenia po górach i biegania lubię czasem wzbudzać w sobie intencję, pomyślałam:

Niech znajdzie się dla nas nocleg.

I poszłam dalej.

Po pewnym czasie usłyszałam obok siebie głos turysty. Zażartował, że cieszy się, że nie tylko on tak późno idzie w góry.

Od słowa do słowa zaczęliśmy rozmawiać.

O kondycji. O górach. O mojej Koronie Gór Polski. O tym, że góry nie tylko wzmacniają nogi, ale potrafią też budować odporność psychiczną.

W pewnym momencie powiedziałam również, że nie udało mi się znaleźć noclegu i prawdopodobnie będę spała w samochodzie.

Turysta przystanął.

Zamyślił się.

I powiedział, że możemy przenocować u niego.

Miał na imię Piotr

Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że największe zaskoczenie tego dnia dopiero na mnie czeka.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, zaczęłam się rozglądać.

Stary drewniany dom. Przedmioty, które nie wyglądały jak dekoracje kupione po to, żeby do siebie pasowały. Ikony, rzeźby, zegary, stare narzędzia, drewno, malowane kwiaty.

I anioły.

One pojawiały się tutaj w różnych miejscach i postaciach.

Przypomniałam sobie magnesy kupione kilka godzin wcześniej.

Przypomniałam sobie piosenkę.

I swoją intencję wypowiedzianą na szlaku.

Nie próbowałam tego wyjaśniać.

Nie wszystko przecież trzeba.

Następnego ranka piliśmy z Piotrem i jego ojcem kawę przed domem. W świetle dnia zaczęłam odkrywać następne szczegóły tego miejsca.

A wtedy zobaczyłam kapliczki.

Jedną.

Drugą.

Kolejną.

Kto trochę mnie zna, ten wie, jak bardzo zatrzymują mnie przydrożne kapliczki spotykane podczas górskich wędrówek.

A tutaj miałam wrażenie, jakby ktoś zgromadził ich dla mnie cały mały świat.

Anioły pod tęczą. Matka Boska ukryta w drewnie. Chrystus. Maleńkie figurki schowane między bluszczem i kamieniami.

Piotr nie oczekiwał konkretnej zapłaty za nocleg. Powiedział tylko:

— Co łaska.

A na pożegnanie wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewałam.

To on obdarował mnie obrazem polnych kwiatów namalowanych na drewnianej desce.

Zabrałam go ze sobą do Poznania. Już wiem, gdzie znajdzie swoje miejsce.

Pojechałam w Bieszczady, nie wiedząc nawet, gdzie tej nocy będę spała.

Wyjeżdżałam z obrazem polnych kwiatów, wspomnieniem porannej kawy i spotkania, którego nie dało się zaplanować.

Nie wiem, jak nazwać to, co wydarzyło się na Tarnicy.

Przypadkiem?

Zbiegiem okoliczności?

Odpowiedzią na intencję?

A może spotkaniem ludzi, którzy znaleźli się na tej samej górskiej ścieżce dokładnie wtedy, kiedy mieli się znaleźć?

Nie potrzebuję odpowiedzi.

Wiem tylko, że tego dnia kupiłam bieszczadzkie anioły, weszłam na szlak bez noclegu, pomyślałam swoją intencję, a potem spotkałam człowieka, który otworzył przed nami drzwi swojego domu.

Czasem odpowiedź nie przychodzi w takiej postaci, jakiej się spodziewamy.

Czasem przychodzi po prostu człowiek.

A może — tylko czasami — bieszczadzki anioł rzeczywiście przychodzi pieszo.


Jedna odpowiedź na “Bieszczadzki anioł przyszedł pieszo”

  1. Awatar Ryś
    Ryś

    Pięknie!

    Polubienie

Dodaj komentarz