Tarnica. Może to my byliśmy tam gośćmi

Spośród 27 szczytów Korony Gór Polski właśnie tutaj poczułam się najbardziej jak u siebie.

Nie potrafię dokładnie powiedzieć dlaczego.

Może przez drzewa, które zachwycały mnie swoją wysokością i ciekawą korą. Może przez roślinność, której przyglądałam się po drodze. A może przez poczucie, że nie idę tylko zdobyć kolejnego szczytu, ale że na chwilę znalazłam się w miejscu, do którego w jakiś dziwny sposób pasuję.

Kiedy byłam już wysoko, pojawiły się kruki. Przelatywały nad zboczami, siadały niedaleko i wyglądały tak, jakby to wszystko należało właśnie do nich.

Patrzyłam na nie i miałam wrażenie, że przylatują do siebie.

Na szczycie spacerowałam, podziwiałam widoki i robiłam zdjęcia. I wtedy wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewałam.

Pojawił się kot.

Przez chwilę naprawdę patrzyłam na niego ze zdumieniem, jakbym nie była pewna, czy dobrze widzę. Mój głośny zachwyt usłyszeli inni turyści i za moment wokół kota zrobiło się małe zamieszanie. Ludzie podchodzili, robili mu zdjęcia, a my zaczęliśmy się zastanawiać:

Skąd kot na szczycie Tarnicy?

Czy tutaj mieszka?
Czy sam wszedł?
A może ktoś go przyniósł i zostawił?

Obserwowałam go uważnie. Miał czystą sierść, wyglądał na zadbanego i był oswojony. Kiedy siedział na kolanach, mruczał. Wyglądało na to, że ludzi zna i że całkiem dobrze się wśród nich czuje.

Grupka nastolatków zaczęła nawet zastanawiać się, czy nie zabrać go ze sobą. Zwłaszcza kiedy powiedziałam, że może został porzucony. Zrobiło nam się go żal. Pojawił się tylko problem: jak bezpiecznie przetransportować kota ze szczytu?

Nie wiedzieliśmy jeszcze, że kot za chwilę sam rozwiąże nasz problem.

Chciałam zrobić sobie z nim zdjęcie przy tablicy Tarnicy. Wzięłam go na ręce i podeszłam do barierki.

I wtedy poczułam, jak jego małe ciało nagle się napina.

Kot natychmiast chciał zejść. Energicznie wyskoczył z moich objęć, przeszedł pod barierką i ruszył w dół.

Pierwsza myśl była mało przyjemna:

Po co mi było to zdjęcie?

Pomyślałam, że może go przestraszyłam. Że poczuł wiatr przy barierce, że źle odczytał moje zamiary. Zrobiło mi się zwyczajnie głupio, że przez pomysł ze zdjęciem mogłam wywołać w nim strach.

Ale patrzyłam, jak schodzi.

Wszedł w wysoką trawę, która powoli zaczęła go zasłaniać.

I wtedy przyszła zupełnie inna myśl:

On sobie poradzi.

Poczułam spokój.

Może więc wcale nie trzeba było rozwiązywać zagadki, skąd kot znalazł się na Tarnicy. Może nie potrzebował naszego ratowania. Może znał tę górę znacznie lepiej niż my.

Może to nie kot był tam nie na swoim miejscu.

Może to my byliśmy tam tylko gośćmi.

Zaczęłam schodzić.

Słońce znikało za górami, zbocza robiły się coraz ciemniejsze, a nad horyzontem pozostał pas różowego i pomarańczowego światła.

I gdzieś na drodze zobaczyłam jeszcze ją.

Dużą, zieloną gąsienicę z czarnymi pasami i pomarańczowymi punktami.

Zatrzymałam się.

Pomyślałam tylko: Jaka jesteś ładna…

I poszłam dalej…


Dodaj komentarz