Niektóre spotkania zabieramy ze sobą

Od festiwalu w Czaplinku do festiwalu w Poznaniu – o ludziach, muzyce i…pewnych pierogach z borówkami.

Niektóre spotkania kończą się wraz z wyjazdem. Inne zabieramy ze sobą.

Kiedy byłam w Czaplinku, nie przypuszczałam, że poza wspomnieniami, zdjęciami i festiwalową atmosferą przywiozę stamtąd coś jeszcze — znajomość, która będzie miała swój dalszy ciąg.

Czasami spotykamy człowieka i właściwie od pierwszych chwil czujemy trudne do nazwania „coś”. Nie chodzi o wielkie słowa ani deklaracje. Raczej o łatwość rozmowy, szczerość, otwartość, podobne poczucie humoru. O tę rzadką swobodę, przy której nie trzeba zastanawiać się, jak wypada się zachować.

W Czaplinku właśnie coś takiego poczułam.

Była radość, taniec, wygłupy, muzyka i umiejętność zostawienia świata na chwilę gdzieś poza nami. Bycie tu i teraz.

Dlatego kiedy niedawno poznana koleżanka zaproponowała spotkanie na festiwalu Rockowizna w Poznaniu, mimo zmęczenia po bardzo intensywnych dniach chciałam tam pójść.

Nie szłam przede wszystkim na koncert.

Szłam spotkać ludzi, przy których już w Czaplinku poczułam, że można na kilka godzin zostawić świat za sobą. Tańczyć, śmiać się, słuchać muzyki i niczego więcej od tej chwili nie potrzebować.

I nie pomyliłam się.

Rock nigdy nie był muzyką, o której powiedziałabym: „to moja muzyka”. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że moje ciało ma w tej sprawie zupełnie inne zdanie.

Rytm zrobił swoje.

Przez kilka godzin stałam, poruszałam się do muzyki, tańczyłam i pozwalałam, żeby dźwięki zagłuszyły wszystko, czym jeszcze niedawno zajęta była moja głowa.

I wydarzyło się coś paradoksalnego.

Po kilku godzinach rockowego hałasu wróciłam do domu spokojniejsza.

Może odpoczynek nie zawsze oznacza ciszę. Czasami odpoczynkiem jest całkowite wejście w chwilę, w której przez kilka godzin niczego nie trzeba planować, przewidywać ani rozwiązywać.

Ale zanim pojawił się ten spokój, dowiedziałam się również czegoś o festiwalowych zwyczajach, o których — jak się okazało — nie miałam pojęcia.

Moje towarzystwo lubi piwo.

Ja kupiłam… herbatę.

To jeszcze nie wzbudziło większego niepokoju. 😉

Prawdziwe poruszenie nastąpiło później.

Usiedliśmy na chwilę, a ja otworzyłam plecak i zupełnie naturalnie wyciągnęłam z niego…

pierogi z borówkami.

— Poczęstujcie się, jeśli macie ochotę — zaproponowałam.

Ochotę mieli. Ale najpierw chcieli wiedzieć:

Jak można przyjść na koncert rockowy z pierogami?!

Patrzyłam na nich trochę zdziwiona, bo dla mnie sprawa była całkowicie logiczna.

Żeby przetrwać!

I wtedy już śmialiśmy się wszyscy. 😂

Dopiero po salwie śmiechu mojego towarzystwa zorientowałam się, że najwyraźniej na rockowych festiwalach obowiązują jakieś zwyczaje kulinarne, o których nikt mnie wcześniej nie poinformował.

Dla mnie sprawa była prosta: przed nami kilka godzin koncertu, więc zabrałam coś do jedzenia. Padło na pierogi z borówkami.

Każdy z nas miał w tej sytuacji swoją rację. Ja chciałam przetrwać kilka godzin koncertu bez głodu, oni nie mogli uwierzyć w mój festiwalowy prowiant. A ostatecznie wszyscy mieliśmy z tego to samo — mnóstwo wspólnego śmiechu.

I chyba właśnie to było w tym najpiękniejsze. Nikt nikogo nie próbował zmieniać. Mogliśmy być różni, trochę się z tych różnic pośmiać i nadal świetnie się razem bawić.

Była jeszcze jedna zabawna scena.

Kiedy kolega potrzebował chusteczki, okazało się, że mam przy sobie dezynfekujące. Podałam mu jedną i to wystarczyło, żeby zostać nazwaną „mamą” naszego towarzystwa — przygotowaną, przewidującą i troskliwą.

No i się zaczęło. 😂

Przez jakiś czas dopisywaliśmy kolejne scenariusze „mamy na festiwalu”, śmiejąc się z nich coraz bardziej.

Mnie jednak później przyszła do głowy także refleksja.

Jak ciekawe jest czasami zobaczyć siebie przez chwilę oczami ludzi, którzy znają nas od niedawna.

Poszłam na ten koncert między innymi po to, żeby na kilka godzin wyjść ze swojej codziennej roli opiekuńczej. A jedno żartobliwe określenie pokazało mi, że troska i przewidywanie są we mnie być może bardziej widoczne dla innych, niż sama wcześniej zauważałam.

Nie odebrałam tego jako czegoś złego. Raczej jako małe lustro, w które warto czasem spojrzeć.

Kiedy dzisiaj myślę o tym wieczorze, muzyka jest ważna, ale nie ona pojawia się pierwsza.

Najpierw widzę ludzi.

Radość. Życzliwość. Ciekawość. Żarty. Spojrzenia, po których bez słów rozpromieniają się twarze.

I wracam myślami do tego pierwszego, przypadkowego spotkania w Czaplinku.

Nigdy nie wiemy, które osoby spotkane gdzieś po drodze pozostaną częścią jednej podróży, a które zabierzemy ze sobą trochę dalej.

Niektóre znajomości nie potrzebują wielkich deklaracji. Wystarczy, że chce się spotkać jeszcze raz.

A czasami warto również pójść na koncert muzyki, której wcześniej nie uważało się za swoją, żeby odkryć, że ciało zna nas trochę lepiej niż nasze przekonania.

I że po kilku godzinach rocka można obudzić się następnego ranka z zaskakującym spokojem.

Może właśnie dlatego, że przez kilka godzin naprawdę było się tu i teraz.

A pierogi?

Dzisiaj wystarczy, że otworzę lodówkę i zobaczę borówki, żeby znowu zacząć się śmiać.

I chyba już wiem, że nie każda perełka z życia musi być poważna. Niektóre pojawiają się wtedy, kiedy pozwalamy sobie zrobić coś zupełnie po swojemu — a później potrafimy śmiać się z tego razem z innymi.

A skoro pierogi zostały zjedzone, to festiwalowy sąd chyba jednak wydał wyrok uniewinniający. 😂


Dodaj komentarz