Jeszcze dzień wcześniej nie wiedziałam, czy tutaj przyjadę.
Trzy tygodnie wcześniej skręciłam kostkę. Chodziłam już normalnie, byłam aktywna, ale góry to przecież coś zupełnie innego niż spacer po płaskim terenie.
Przez kilka dni prowadziłam sama ze sobą negocjacje.
Jechać?
Nie jechać?
Poczekać?
A może spróbować?
Wiedziałam jedno — Korona Gór Polski ma być moim prezentem dla siebie, a nie problemem, który zrobię sobie na urodziny.
Ostatecznie spakowałam różowe buty, zabezpieczyłam kostkę taśmą i wyruszyłam.

Kiedy weszłam na czerwony szlak z Krowiarek i zobaczyłam pierwsze kamienie, pomyślałam:
Ojej…
A właściwie pomyślałam to chyba w imieniu swojej kostki.
Kamieni nie ubywało.
Wręcz przeciwnie — miałam wrażenie, że wraz z wysokością rosną razem z górą.
I wtedy zaczęła się moja prawdziwa wędrówka.

Nie tylko w stronę szczytu.
Szłam bardzo uważnie. Patrzyłam, gdzie stawiam stopę. Każdy większy kamień wymagał decyzji. Kostka przypominała mi o sobie, a ja przypominałam sobie, że nie jestem tutaj po to, żeby z nią walczyć.
Miałyśmy dojść razem.
A potem coraz częściej zaczęłam podnosić głowę znad kamieni.
Przestrzeń robiła się ogromna.

Światło coraz cieplejsze.
I wiedziałam już, że jeśli zdążymy, Babia Góra podaruje nam coś jeszcze.

To był 26. szczyt mojej Korony Gór Polski.
Ale wydarzyło się tam jeszcze coś, co bardzo lubię.
Zobaczyłam przed sobą kolegę. Stał tak, że jego sylwetka przykrywała słońce.
Zatrzymałam się.
Zachwycił mnie ten obraz.
Pomyślałam: ja też chcę takie zdjęcie.
I tak powstała moja mała sceneria ze słońcem.
Najpierw był ruch przypominający taniec.
Później ktoś obok zrobił pozycję drzewa.
Spodobała mi się.
Chciałam spróbować również.
Może była w tym odrobina próżności. A może coś znacznie prostszego.
Po tygodniach myślenia o kontuzjowanej nodze chciałam przez sekundę zobaczyć siebie stojącą pewnie.
Nie dla innych.

Stoję.
Jest dobrze.
I wystarczyło.
A później przyszło to, na co czekaliśmy.

Po prostu patrzyłam.
Było warto.
Tylko Babia Góra szybko przypomniała nam, że za niektóre prezenty trzeba trochę zapłacić.
My zapłaciliśmy za zachód słońca… zejściem po ciemku.
Czołówki na głowę.
A pod nogami znowu one.
Kamienie.
Te same, które za dnia budziły mój respekt, po zmroku wymagały jeszcze większej uważności.
I wtedy zachwyt nad zachodem zamienił się w bardzo konkretną obecność:
światło czołówki,
kamień,
krok,
następny kamień,
następny krok.
Kiedy dziś patrzę na fotografie ze szczytu, widać na nich słońce, radość, taniec i równowagę.
Nie widać tego, co znajdowało się kilka centymetrów niżej.
Kostki, której pilnowałam przez całą drogę.
I może właśnie dlatego tak lubię te zdjęcia.
Bo fotografia zatrzymała zachwyt.
A ja pamiętam również drogę, która do niego prowadziła.
Babia Góra została moim 26. szczytem Korony Gór Polski.
A moja kostka?
Następnego dnia miała jeszcze coś do powiedzenia.
Przed nami były Bieszczady.
I Tarnica.
