W drodze na Wysoką zauważyłam most.

Nie był wyjątkowy. Po prostu pojawił się przede mną, gdy jechałam z Poznania. Białe przęsła przecinały przestrzeń, łącząc dwa brzegi rzeki. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że tego dnia mosty będą wracały do mnie raz po raz.

Były mostki nad górskimi potokami. Metalowe kładki prowadzące dalej szlakiem. Most przy miejscu noclegu. Każdy inny, a jednak spełniający tę samą rolę – pomagał przejść z jednego miejsca do drugiego.

Pomyślałam wtedy, że całe nasze życie jest budowaniem mostów.

Przechodzimy przez most między dzieciństwem a dorosłością. Między rolą córki a opiekunki. Między utratą a nadzieją. Między tym, kim byliśmy, a tym, kim dopiero się stajemy.

Niektóre mosty przekraczamy pewnym krokiem. Inne przechodzimy powoli, zatrzymując się pośrodku, niepewni, czy po drugiej stronie naprawdę czeka coś dobrego.

Góry uczą, że nie zawsze trzeba widzieć cały szlak. Czasem wystarczy zrobić następny krok.

Patrząc na drewniane i metalowe konstrukcje zawieszone nad wodą, zrozumiałam, że most nie usuwa przepaści. On jedynie pozwala ją przekroczyć.

Może właśnie dlatego tak bardzo ich potrzebujemy.


Dodaj komentarz