Przez niecałe dwa lata zdobyłam 22 szczyty Korony Gór Polski.
Ktoś mógłby spojrzeć na tę liczbę i pomyśleć, że to sportowe osiągnięcie. Dla mnie każdy z tych szczytów znaczy coś więcej.
Zdobywałam je pomiędzy obowiązkami opiekunki. W weekendy. Czasem zmęczona jeszcze przed wyjazdem. Czasem wracając późno w nocy z myślą, że za kilka godzin znów zacznie się zwykły dzień.
Bywały chwile, kiedy chciałam zrezygnować. Kiedy wydawało mi się, że nie dam rady pogodzić własnych marzeń z odpowiedzialnością za mamę. W takich momentach góry uczyły mnie czegoś prostego: nie trzeba widzieć całej drogi. Wystarczy zrobić następny krok.
Dzisiaj wiem, że zdobywałam nie tylko górskie szczyty.
Zdobywałam odwagę, by wyjechać mimo wyrzutów sumienia.
Zdobywałam zgodę na odpoczynek.
Zdobywałam przestrzeń dla siebie.
Zdobywałam wiarę, że moje życie nie skończyło się na obowiązkach.
Dlatego patrząc na kolejne szczyty, nie widzę tylko nazw na liście. Widzę wszystkie poranki, kiedy mimo zmęczenia ruszałam w drogę. Widzę zachody słońca, rozmowy, chwile zwątpienia i momenty zachwytu.
Są szczyty, które można zaznaczyć na mapie.
Ale są też takie, których nie ma na żadnej mapie.
To te, które zdobywamy w sobie.
