Dzisiaj pobiegłam w biegu, którego jeszcze rano nie planowałam.
Dwie godziny przed startem spontanicznie zapisałam się na Wings for Life World Run. Po roku przerwy od biegania miałam tylko zeszłoroczną koszulkę, adidasy, trochę odwagi i intencję.
Pobiegłam sama.
Na osiedlowej niebieskiej bieżni.
W niebieskiej koszulce.
Pod błękitnym niebem.

Wzruszyłam się na starcie, słysząc przez aplikację ilu ludzi biegnie razem na całym świecie. Łzy leciały mi po policzkach.
Połowa bieżni była zanurzona w słońcu, druga połowa ukryta w cieniu drzew. Czasami dotykałam ich dłonią podczas biegu, jakby dawały mi siłę.

Kiedy skończyłam biec, położyłam się na ławce pod drzewem.

Patrzyłam w korony drzew i czułam wdzięczność.
Za to, że pobiegłam.
Za to, że się nie zatrzymałam.
Za to, że czasami człowiek może być jednocześnie sam i bardzo połączony ze światem.
Moja niebieska bieżnia została dziś częścią mojej historii.
