Dziś spotkałam szerszenia.
Po raz pierwszy tak blisko — i bez strachu.
Siedział wśród jasnych liści, zajęty sobą, jakby świat wokół nie istniał.
Był duży, wyraźny, trochę niepokojący… a jednocześnie spokojny.
Patrzyłam na niego i czułam coś, czego wcześniej bym się po sobie nie spodziewała — fascynację.
Kiedy byłam dzieckiem, moja babcia miała gniazdo szerszeni przy ganku.
Bałam się ich wtedy bardzo.
Samą myśl o nich pamiętam do dziś jako coś nieprzyjemnego, ciężkiego.
Na skraju ogrodu, wśród ciepłych liści i zapachu kwiatów, żył szerszeń.
Nie znał słowa „strach” tak jak ludzie. Znał tylko sygnały: światło, ruch, zapach.
Każdego dnia budził się razem ze słońcem.
Leciał od kwiatu do kwiatu, czasem polował na małe owady — nie z okrucieństwa, ale z potrzeby.
Pewnego dnia wyczuł coś innego.
Drganie powietrza. Obecność.
Człowiek.
Zatrzymał się na chwilę. Nie z ciekawości — z czujności.
Nie rozumiał, kim jest człowiek, ale pamiętał: duże istoty mogą niszczyć.
Człowiek jednak stał spokojnie.
Nie machał rękami. Nie zbliżał się gwałtownie.
Szerszeń wrócił więc do swoich kwiatów.
Nie było powodu do walki.
Bo jego świat jest prosty:
nie atakuj — chyba że musisz się bronić.
I pomyślałam, że może z nami jest podobnie.
Może wiele rzeczy, których się boimy, wcale nie chce nas zranić.
Może potrzebują tylko przestrzeni, spokoju… i chwili, żeby je zobaczyć naprawdę.
