Podróż która nie wymagała wyjazdu

Dzisiaj pierwszy raz w tym roku usiadłam w moim raju — na balkonie. W słońcu, jeszcze owinięta w kocyk, bo tego wymagała poranna temperatura. W mojej oazie spokoju zjadłam śniadanie w towarzystwie moich zasadzonych kwiatów, które wydawały się zadowolone. W tle rozśpiewane ptaki witały słoneczny dzień.

Kiedy skończyłam posiłek, wypiłam kawę i zapadłam w cichą medytację. Ciało samo ułożyło się w pozycji siedzącej, oczy zamknęły się łagodnie i byłam w pełni swojego środka.

Gdy nacieszyłam się tą chwilą, wzięłam do ręki książkę, którą kupiłam w zeszłym tygodniu mojej ulubionej Ewy Woydyłło — i z przyjemnością, z otwartym sercem, przyjmowałam jej słowa.

Miałam dziś jechać w góry — być w ruchu, w podróży, w pociągu, na szlaku.
A dostałam zupełnie inną chwilę. Taką, która chciała spotkać się ze mną w środku, a nie na zewnątrz.

I zostałam.


Dodaj komentarz