Dzisiaj weszłam do świata, którego wcześniej nie znałam.
Świata zamkniętego w rzędach czarnych szaf, w kablach, w dźwięku, który nie ustaje ani na chwilę.
Patrzyłam i miałam wrażenie, że jestem gdzieś poza codziennością.
Jakbym na chwilę znalazła się w kosmosie — w miejscu, gdzie wszystko działa według innych zasad.
Zwróciłam uwagę na porządek.
Na czystość.
Na to, że wszystko ma swoje miejsce.
Na dole płynęła woda chłodziła to, co pracuje bez przerwy.
U góry był prąd niewidzialny, a jednak obecny we wszystkim.

I ten hałas…
Nie był przypadkowy.
To był dźwięk pracy. Dźwięk ciągłości. Dźwięk czegoś, co nie może się zatrzymać.
Patrzyłam na jedną z tych „skrzyni” i pomyślałam:
ile może się w niej zmieścić.
Ile może zrobić.
To było dla mnie nowe. Wszystko.
Ale najważniejsze wydarzyło się na końcu.
Podeszłam do osoby, która nas oprowadzała.
I powiedziałam coś bardzo prostego.
Że mam doświadczenie z tą technologią.
Że pomagała mi , kiedy moja mama zmagała się z afazją.
Że to nie jest dla mnie tylko coś nowoczesnego.

To jest coś, co ma wartość.
Co pomaga człowiekowi.
Zobaczyłam, że to zostało przyjęte z uważnością i pomyślałam wtedy, że to jest ważne.
Bo w świecie maszyn i mocy obliczeniowej najłatwiej zgubić człowieka.
A przecież to wszystko jest właśnie dla niego.

