1 listopada 2026 roku
Dzisiaj jest Wszystkich Świętych.
Dzień, który od zawsze kojarzył mi się z cmentarzem, chryzantemami, światłem zniczy i spotkaniami z rodziną.
W tym roku nie mogłam pojechać na groby najbliższych. Dzieli mnie od nich około stu kilometrów, a ja jestem w domu z mamą, która po udarze wymaga stałej opieki.
Ale nie chciałam, żeby ten dzień stał się zwyczajną niedzielą.
Pomyślałam, że skoro nie mogę pojechać na cmentarz, to może choć odrobinę jego atmosfery zaproszę do siebie.
Kupiłam chryzantemy. Żółte, białe i bordowe. Ustawiłam je na balkonie, a pośród kwiatów zapaliłam świeczki.
Dla taty. Dla babci Kasi. Dla wszystkich bliskich, którzy odeszli.
Niech światło dotrze tam, gdzie są.

Patrzyłam na te maleńkie płomyki, na jesienne drzewa za balkonem i na błękit nieba przebijający się między chmurami.
Ten balkon ma swoją historię.
Kiedyś latem przesiadywałam tutaj z moją ukochaną kotką Misią. Później została mi już tylko kawa, słońce i wspomnienia. A dzisiaj przyszły tu również chryzantemy i światło pamięci.
I wtedy zaczęła się moja nieplanowana podróż.
Ciocia Zosia i świat, w którym ludzie byli blisko
Przypomniały mi się dawne wyjazdy na Wszystkich Świętych.
Nie chodziło tylko o odwiedzanie grobów. To były również spotkania z rodziną, uściski, rozmowy, znajome twarze i głosy.
Szczególnie czekałam na spotkania z ciocią Zosią, siostrą mojej babci Kasi.
Ciocia nadal mieszka w tej samej wiosce, do której jeździłam w dzieciństwie.
Kiedyś przychodziła do nas codziennie. Czasami przynosiła mleko, czasami dobre słowo, ale zawsze przychodziła z uśmiechem.
W tamtym świecie ludzie byli blisko siebie. Nie trzeba było zapowiadać odwiedzin, umawiać spotkań ani szukać specjalnej okazji, żeby ze sobą pobyć.
Ciocia była po prostu częścią naszego życia.

Do dzisiaj, kiedy ją widzę, powraca do mnie obraz babci Kasi. Jakby obie należały do tej samej opowieści, której nie sposób rozdzielić.
Ciocia ma też swoje charakterystyczne powiedzenie. Kiedy się spotykamy, powtarza:
„Pamiętaj, Wioletko, jak umrę, musisz być na moim pogrzebie”.
A ja dzisiaj pomyślałam, że przecież nie chcę czekać na jej pogrzeb. Chcę jeszcze pojechać do niej, usiąść obok, popatrzeć w oczy i przytulić ją tak, jak przytulałyśmy się przez tyle lat.
Telefon nie zastąpi takiego spotkania.
Nie pokaże spojrzenia, które niesie całą historię. Nie da uścisku, który ogrzewa serce. Nie pozwoli zobaczyć tych dłoni, które kiedyś przynosiły mleko i trzymały moje małe rączki.
Duży rower i mała Wioletka
I nagle przypomniałam sobie coś jeszcze.
Ciocia Zosia czasami woziła mnie rowerem do kościoła.
To był duży, męski rower z ramą. Czasem siedziałam na ramie, a czasem w koszyczku przy kierownicy.
Pewnego razu moja noga dostała się między szprychy koła.
Nie pamiętam już dokładnie, gdzie wtedy siedziałam. Pamiętam za to, że noga bolała.
A ciocia?
Nie denerwowała się, nie krzyczała, nie robiła zamieszania. Wyjęła moją nogę z koła i pojechałyśmy dalej, bez wielkiego roztrząsania całego zdarzenia.
To była cała ciocia Zosia.
Dzisiaj, po tylu latach, nie pamiętam szczegółów drogi ani tego, jak wyglądał tamten dzień.
Pamiętam jej spokój.
I właśnie to jest dla mnie niezwykłe. Niektóre szczegóły znikają, a pozostaje coś znacznie ważniejszego — sposób, w jaki drugi człowiek był przy nas.
Wspomnienia nie potrzebują zaproszenia
Mam fotografię sprzed kilku lat, kiedy odwiedziłam ciocię.
Jesteśmy na niej przytulone, z głowami blisko siebie.
Patrzę na to zdjęcie i widzę kawałek swojego życia. Ciocię, jej dobroć, prawdziwy uścisk.
I jest mi z tym dobrze.
Nie muszę usilnie przywoływać wspomnień. One są we mnie.
Wystarczy cmentarz, chryzantema, znajomy głos.
Pamiętam, jak stoję z ciocią przy grobach jej bliskich i swoich. A stamtąd już niedaleko do dzieciństwa.
Ten sam głos, ten sam dotyk i wspomnienia wracają jak lawina.
Nie jest to jednak lawina smutku.
To lawina życia.
Przychodzą obrazy, ludzie, miejsca, gesty. Przychodzi babcia Kasia, ciocia Zosia, mleko, rower, droga do kościoła.
I wszystko znowu staje się bliskie.
Wszyscy są dzisiaj ze mną
A przecież przez cały ten czas nigdzie nie wyjechałam.
Siedzę w fotelu w swoim pokoju. Obok mnie leży mama. Na balkonie kwitną chryzantemy i płoną świeczki.
Jestem z mamą, która jest tutaj, obok mnie.
Jestem z ciocią Zosią, którą mogę jeszcze odwiedzić i przytulić.
Jestem z babcią Kasią i tatą, którzy pozostali w mojej pamięci.
Jestem też z małą Wioletką, siedzącą na ramie wielkiego roweru.
Wszyscy spotykają się dzisiaj w moim życiu, choć każdy jest obecny inaczej.
I właśnie tego pragnęłam, kiedy rano ustawiałam kwiaty na balkonie.
Żeby ten dzień był ważny.
Żeby nie stracił swojego znaczenia tylko dlatego, że nie mogłam pojechać na cmentarz.
A stało się coś więcej.
Odkryłam, że nie trzeba zawsze wracać do miejsc, żeby odnaleźć ludzi, którzy nadali im znaczenie.
Czasami wystarczy mały płomień, kwiat i chwila zatrzymania.
Dzisiaj nie pokonałam stu kilometrów do rodzinnego cmentarza.
A jednak odbyłam daleką podróż.
Do dzieciństwa, do bliskości, do tych wszystkich chwil, które kiedyś przeżyłam, a które nadal są we mnie.
I kiedyś, być może za wiele lat, wrócę do tej opowieści tak, jak dzisiaj wróciłam do wspomnień o babci i cioci.
Znowu zobaczę chryzantemy. Znowu poczuję tamten uścisk. Znowu przypomnę sobie świat, w którym ludzie byli blisko.
Bo pamięć nie zatrzymuje życia w przeszłości. Ona pozwala jego światłu świecić również dzisiaj. A może i Wy macie takie miejsce, zapach, głos albo gest, który niespodziewanie otwiera drzwi do dzieciństwa?
Co sprawia, że Wasi bliscy, choć czasem już nieobecni, na chwilę znów stają się tak bardzo blisko?
Jeśli macie ochotę, podzielcie się swoim wspomnieniem. Może dzisiaj wspólnie zapalimy jeszcze kilka świateł pamięci.
