Tam, gdzie jest cisza

Są miejsca, które nie potrzebują wielu słów.

Norwegia była dla mnie właśnie takim miejscem.
Surowa, spokojna, prawdziwa.

Skały, które wydają się nieporuszone od lat.
Woda, która nie spieszy się nigdzie.
I przestrzeń… taka, w której można w końcu usłyszeć siebie.

Szłam po kamieniach, uważnie stawiając każdy krok.
Nie było pośpiechu.
Nie było planu „co dalej”.

Byłam.

I to wystarczało.

Były momenty, kiedy siadałam i po prostu patrzyłam.
Na linię horyzontu.
Na światło odbijające się w wodzie.

Czułam spokój, który nie przychodzi często w codzienności.
Taki cichy, głęboki, bez potrzeby nazywania.

To miejsce było surowe. Ale w tej surowości było coś kojącego.

Jakby wszystko było dokładnie takie, jakie ma być.

Prostota, która uspokaja.

Wracam do tych zdjęć i uśmiecham się.
Nie dlatego, że było „idealnie”.

Ale dlatego, że byłam wtedy naprawdę obecna.

To było jedno z tych doświadczeń, które nie kończą się w momencie powrotu.
One żyją dalej — w pamięci, w ciele, w sposobie patrzenia na świat.

Może właśnie dlatego warto inwestować w takie chwile.

Nie w rzeczy.
W doświadczenia.

W miejsca, które coś w nas otwierają.
W drogi, które zostają z nami na długo.

I kiedy dziś patrzę na te zdjęcia…
czuję wdzięczność.

Za tamten czas.
Za siebie w tamtym momencie.
Za to, że mogłam tam być.

W miejsca, które coś w nas otwierają.
W drogi, które zostają z nami na długo.


Dodaj komentarz