Są takie chwile, które nie potrzebują niczego więcej.
Nie trzeba ich planować ani nazywać wyjątkowymi — one po prostu się wydarzą.
Cicho. Naturalnie. Prawdziwie.
Usiadłam na kawałku drzewa, w samym sercu lasu.
Wokół mnie stały brzozy i sosny — wysokie, spokojne, jakby od zawsze wiedziały, jak być.
Nie mówiły nic.
A jednak ich obecność była pełna znaczeń.
Na dłoniach ciepło herbaty.
Obok kawałek jabłecznika.
Proste rzeczy, które nagle stały się wszystkim.

Nie było pośpiechu.
Nie było „muszę” ani „zaraz”.
Było tylko „tu”.
Las przyjął mnie bez pytań.
Bez ocen.
Bez oczekiwań.
I w tej ciszy poczułam coś, co trudno nazwać —
jakby życie na chwilę przestało wymagać, a zaczęło po prostu być.
To było moje małe święto.
Świętowanie natury.
Świętowanie siebie w jej obecności.
W towarzystwie drzew łatwiej oddychać.
Łatwiej wrócić do siebie
