Nie każdy moment jest na trwanie

Dziś jezioro nie było spokojne.
Było jak morze poruszone, niespokojne, prowadzone przez wiatr, który nie pytał o zgodę.

Siedziałam nad jego brzegiem i patrzyłam, jak woda poddaje się każdemu podmuchowi.
Nie walczyła.
Nie zatrzymywała fal.
Po prostu płynęła tam, gdzie prowadził ją wiatr.

Pomyślałam wtedy, że ja robię podobnie.

Zostałam tam na chwilę.
Chciałam posiedzieć, zatrzymać się, pobyć.
Ale ciało zaczęło mówić swoje chłód przenikał przez kurtkę, wiatr wchodził pod skórę, w uszy, w oddech.

Nie byłam gotowa na ten wiatr.
Nie byłam wystarczająco chroniona.

I wtedy zrozumiałam coś prostego.

Nie każdy moment jest na trwanie.
Nie każde miejsce jest na zatrzymanie.

Czasem trzeba pozwolić się „przegonić”nie dlatego, że się przegrywa,
ale dlatego, że wraca się do siebie.

Kiedy wróciłam do domu, ciało jeszcze długo pamiętało.
Szum w uszach.
Chłód pod skórą.
Zapach powietrza, który został w nozdrzach.

A potem… przyszło coś innego.

Cisza.

Taka, która nie wymaga wysiłku.
Która nie walczy.
Która po prostu jest.

A to jezioro…
dziś nie zapraszało do medytacji.

Było zajęte sobą.
Swoim ruchem, swoim poddawaniem się, swoim niepokojem.

Jakby chciało powiedzieć:
„Ja też czasami przeżywam trudności.
Nie zawsze jestem spokojne.”

I może właśnie dlatego było tak prawdziwe.

Bo nie udawało ciszy, kiedy jej nie było.
Nie próbowało być inne, niż było w tej chwili.

I może właśnie o to chodzi.

Nie o to, żeby zawsze wytrwać.
Ale o to, żeby wiedzieć, kiedy wrócić do ciepła.


Dodaj komentarz