Gdy słowa trafiają w ten sam punkt

Są takie chwile, które nie krzyczą.
Nie zatrzymują świata.
A jednak zostają.

Dziś mama zapytała mnie nagle:
czy myślę, że będzie jeszcze długo żyła.
Powiedziała, że chce iść do Boga, do kwiatów, do innego świata.
I że chciałaby mieć piękny pogrzeb. Dużo kwiatów.

Odpowiedziałam spokojnie, że jej je zapewnię.
I że teraz cieszmy się chwilą.
Bo przecież nie znamy dnia ani godziny.

Rozmowę przerwał telefon.
Jakby ktoś postawił przecinek w zdaniu, które jeszcze nie było skończone.

A potem… przypadkiem włączyłam piosenkę.
O odchodzeniu. O pamięci.
O tym, czy ktoś zostaje w sercu, kiedy już go nie ma.

I przez moment poczułam coś dziwnego.
Jakby te dwa światy — rozmowa i muzyka — dotknęły się w jednym miejscu.

Nie wiem, czy to znak.
Może nie trzeba tego tak nazywać.

Może to po prostu chwila, w której życie odsłania swoją kruchość
i jednocześnie swoją czułość.

Bo przecież w tych słowach mamy nie było tylko pragnienia odejścia.
Było coś więcej.

Chęć piękna.
Bycia otoczoną kwiatami.
Bycia zapamiętaną dobrze.

A w tej piosence — to samo pytanie:
czy coś z nas zostaje?

Chyba zostaje.

Nie w wielkich rzeczach.
Ale w spojrzeniach.
W słowach wypowiedzianych spokojnie.
W obietnicy: „będziesz miała dużo kwiatów”.

I może właśnie to jest najważniejsze
nie to, kiedy ktoś odejdzie,
ale jak bardzo był obecny, kiedy jeszcze był.


Dodaj komentarz