Modlitwa, która nie potrzebowała słów
Nie wiedziałam, że mnie to spotka.
Poszłam do tego kościoła, bo ktoś mi powiedział,
że to miejsce uzdrowień.
Że można tam zostawić chorobę.
Miałam w sobie tę myśl.
Cichą, nie do końca wypowiedzianą.
Ale kiedy stanęłam w środku…
coś się zmieniło.
Msza była po łacinie.
Nie rozumiałam słów.
Tylko jedno — oremus — módlmy się.
A mimo to… a może właśnie dlatego…
byłam bardziej obecna niż kiedykolwiek wcześniej.
Nie było analizy.
Nie było potrzeby rozumienia.
Było skupienie, które przyszło samo.
Patrzyłam na ludzi wokół mnie.
Kiedy wstają, kiedy klękają.
Uczyłam się tej modlitwy bez słów.
Śpiew prowadził mnie jak spokojna rzeka.
Rytuał miał swój rytm powtarzalny, a jednocześnie głęboki.
A barokowy ołtarz pełen światła, złota i aniołów nie rozpraszał, tylko zbierał wszystko w jednym miejscu.
W sercu.
Przyszłam tam, żeby zostawić chorobę.
Ale nie potrafiłam prosić.
Zamiast tego pojawiło się coś innego.
Wdzięczność.
Za to, że moje rany się zagoiły.
Za to, że przeszłam operację.
Za to, że mogę dziś tu być stać, oddychać, patrzeć.
Nie prosiłam o więcej.
Bo w tej chwili… to, co było, wystarczało.
To była modlitwa bez słów.
Albo może modlitwa, która nie potrzebowała słów.
Wyszłam z poczuciem, że doświadczyłam czegoś bardzo pierwotnego.
Jakby wiara była na chwilę pozbawiona wszystkiego, co zewnętrzne i została sama obecność.
Nazwać to mogę tylko tak:
moja dziewicza Msza.
I od tamtej chwili czuję w sobie ciche pragnienie,
żeby inni też mogli tego dotknąć.
Nie po to, żeby zrozumieli.
Ale żeby poczuli.
Nie wszystko trzeba rozumieć, żeby mogło nas przemienić.
