Nie choroba.
Nie udar.
Nie afazja.
Relacja.

To ona została, kiedy wiele rzeczy zniknęło.
Słowa się urwały. Pamięć codzienności przestała działać. Telewizor mówi, ale mama już nie rozumie. Książka stała się tylko zbiorem znaków.

Od roku mama nie wychodzi z łóżka.
Łóżko nazywa swoim domem.
To tam jest jej przestrzeń.

Toaleta.
Codzienna higiena.
Modlitwa.
Oglądanie telewizji.
Bierki rozsypane na kołdrze.
Wspólny obiad podany na stoliku.
Spojrzenie.

Jej świat zawęził się do obrazu, smaku i zapachu.
Została modlitwa. Różaniec przesuwany z przejęciem w palcach. Słowa, które pamięta ciało. Godzina osiemnasta. Msza, której słucha w ciszy.


Kiedy się modli, wychodzę z pokoju.
To jest jej „u siebie”.
Wystarczy, że głos modlitwy roznosi się po mieszkaniu.

Ja mam swój świat.
Film. Książkę. Medytacja. Rozmowa .
Ona ma swój.

Czasem te światy się spotykają.
Bez poświęcenia.
Bez wielkich słów.

Relacja jest żywa.
A kiedy relacja jest żywa — my też jesteśmy żywe.

Udar zabrał wiele.
Zostawił minimum.
Z tego minimum budujemy nasze dni.

I to wystarcza.


Dodaj komentarz