Rano poszłam do rzeki.
Chciałam zobaczyć, jak radzi sobie z lodem.

Wczoraj ktoś powiedział mi, żebym się nie martwiła — że woda płynie pod lodem.
Zabrałam to zdanie ze sobą i poszłam sprawdzić.

Rzeka była inna z każdej strony.
Z brzegu — cicha, jakby skupiona na sobie.
Z bliska — pełna drobnych pęknięć, szczelin, prześwitów.


W słońcu lód błyszczał i układał się w kręgi, jak wzory pisane bez słów.
W cieniu wszystko zwalniało, stawało się surowe i proste.
Z góry — ogromna, pracująca całością, wciąż w ruchu.

Nie potrafiłam wybrać jednego widoku.
Każdy był prawdziwy.

Stałam długo.
To było bardziej medytacyjne niż spacerowe — patrzenie bez pośpiechu, bez potrzeby rozumienia.
Zadziwiała mnie różnorodność: to samo miejsce, a tak wiele odsłon.
I to, że pod tą kruchą powierzchnią wszystko nadal się toczy.

Pomyślałam wtedy o swoim życiu.


O tym, że ono też wygląda inaczej w zależności od tego, z której strony się spojrzy.
Że czasem widać tylko lód.
Czasem słońce pomaga się ogrzać.
A czasem trzeba na chwilę zesztywnieć, żeby przetrwać nacisk.

Ale pod spodem — dzieje się życie.
Rozwój. Ruch. Sens.
Nie zawsze widoczny od razu.

Zrozumiałam coś jeszcze:
że potrafię zaglądać na świat z wnętrza swojego świata i nadal w nim pozostać.
Nie uciekać.
Nie zamykać się.
Być.

Wracałam z poczuciem, że to, co zobaczyłam, nie było tylko widokiem.
To było potwierdzenie.

Rzeka radzi sobie z lodem.
A ja — uczę się radzić sobie z tym, co mnie na chwilę zatrzymuje.
Pod spodem płynie życie.


Dodaj komentarz