Jest taki moment w życiu, kiedy przestaję iść szybko.
Nie dlatego, że nie mogę, ale dlatego, że nie chcę już mijać rzeczy bez dotknięcia ich naprawdę.
Ten zimowy spacer w okolicach rzeki Bogdanki był właśnie taki. Ponad dwie godziny chodzenia w mrozie, który nie zniechęcał, ale uczył uważności. Zatrzymywałam się często — przy drzewach. Dotykałam ich kory, czułam zapach lasu, jego szorstkość i stabilność. Drzewa nie muszą niczego udowadniać. Są. I to wystarcza.

Pod stopami ścieżka była zmienna: lód, liście, odsłonięte korzenie. Każdy krok wymagał obecności. W środku życia coraz częściej czuję, że właśnie tak wygląda droga — nie równa, nieprzewidywalna, wymagająca uważności, ale prawdziwa.
Mróz osiadł w trawie jak delikatna koronka. Zimno potrafi być piękne, jeśli przestaje się z nim walczyć. Jeśli pozwala się mu być.

Nad głową przelatywały gęsi — głośne, wyraźnie zaznaczające swoją obecność. Ich krzyk nie burzył ciszy. Przypominał raczej, że świat toczy się swoim rytmem, a ja jestem jego częścią, nie obserwatorem z zewnątrz.

Najbardziej zatrzymało mnie domostwo bobrów. Zaplecze ich pracy wyglądało jak mały tartak — drewno przygotowane, obrobione, gotowe do użycia. Sam dom był solidny, przemyślany, z dostępem do wody nawet pod lodem. Bez zbędnych elementów. Funkcja, trwałość, sens.

W środku życia coraz bardziej porusza mnie taka prostota. Robienie tego, co potrzebne. Budowanie tak, żeby przetrwać. Bez nadmiaru.
Ten spacer nie był tylko oglądaniem przyrody. Był doświadczeniem bycia — w ciele, w ciszy, w świecie, który nie wymaga pośpiechu ani wyjaśnień.
Wracam z niego spokojniejsza. Jakby coś we mnie przypomniało sobie, że nie wszystko trzeba przyspieszać, nazywać i rozumieć.
Czasem wystarczy być.
I iść dalej. Krok po kroku.
