Dzisiaj mija pół roku od dnia, który zmienił mój świat.
Pół roku od chwili, gdy przebudziłam się po operacji, nie wiedząc jeszcze, jaką drogę będę musiała przejść.
Tamten ranek pamiętam jak ciszę — nie tylko w sali, ale i we mnie.
Ciszę, która była początkiem czegoś, czego wtedy nie umiałam jeszcze nazwać.
Dziś, kiedy patrzę wstecz, widzę nie ból, nie strach, nie ograniczenia.
Widzę drogę.
Drogę, na której każdy krok był uważny.
Drogę, na której ciało nauczyło mnie cierpliwości,
a las – zaufania.
Drogę, na której dziewięć szczytów Korony Gór Polski stało się nie wyzwaniem,
ale lekarstwem.
Nie czymś do zdobycia,
lecz czymś, co mnie niosło.
To wszystko przyszło do mnie powoli.
Nie z przymusu, nie z ambicji.
Tylko dlatego, że serce szeptało:
„Idź. W swoim tempie. W swojej prawdzie.”
A ja szłam.
Raz wolniej, raz szybciej.
Czasem z obawą, ale zawsze z nadzieją.
Dziś w dłoni trzymam piórko.
Małe, jasne, lekkie.
Takie, które nie spada od razu,
tylko wiruje w powietrzu, daje czas, aby zobaczyć, gdzie chce wylądować.
To piórko jest symbolem tego pół roku.
Symbolem wszystkiego, co było delikatne,
co dojrzewało we mnie w ciszy,
co odradzało się krok po kroku.
Dziś nie muszę już niczego udowadniać.
Medycyna mówi: „możesz”.
Ale prawda jest taka, że ja już mogłam dawno temu,
bo moje ciało, moje nogi i moje serce wiedziały to wcześniej.
To piórko przypomina mi, że jestem tu, gdzie powinnam być.
Że moja droga była mądra.
Że słuchanie siebie jest najczystszą formą odwagi.
I że każdy dzień jest nowym początkiem —
nie wtedy, kiedy ktoś daje pozwolenie,
lecz wtedy, kiedy my je sobie dajemy.
Dlatego zostawiam tu to piórko.
Dla siebie.
Na pamiątkę dnia, w którym poczułam,
jak bardzo jestem żywa.
