Kiedy idę i słyszę siebie

Ptaki, które nie czekały na słońce

Jechałam w szarości — mżawka, mgła, mokre światła przemykające po szybie samochodu.
Świat wyglądał jak rozmazany szkic, jeszcze niedokończony.

Kilkanaście kilometrów od domu, kiedy można by się spodziewać jedynie gęstych chmur,
na niebie pojawiły się klucze odlatujących ptaków.

Długie, powyginane linie złożone z żywych ciał, z ruchu, z decyzji.

I wtedy przyszła myśl:

„Ptaki też lecą w taką pogodę.
Nie czekają, aż zrobi się ładnie.
Lecą wtedy, kiedy czują, że czas ruszyć.”

A ja robiłam dokładnie to samo.

Nie czekałam na słońce.
Jechałam, bo coś we mnie powiedziało: „Teraz.”


Droga na Czupel: opowieść o uważności i małych znakach

Szlak witał mnie miękkim szelestem liści — suchych, złocistych, układających się w dywan,
który brzmiał jak pergamin łamiący ciszę.

A potem wydarzył się żuczek.

Najpierw w drodze w górę — nieruchomy, maleńki, jakby chwilę odpoczywał.
Potem, wiele godzin później, w drodze w dół — znów żuczek, powoli kroczący, jakby zupełnie nigdzie się nie spieszył.
Ten sam? Inny?

Nie wiedziałam.
Ale czułam, że skoro zobaczyłam go dwa razy, to coś chciał mi powiedzieć.


Nocleg w Szczyrku: rzeczy, które mówią więcej niż słowa

Gospodyni przywitała uśmiechem. A jak weszłam do pokoju i…
na ścianie wisiał obraz dwóch koni.
Dokładnie taki sam, jaki mam w domu.
Jakby świat chciał mnie upewnić, że jestem we właściwym miejscu.

Potem zwróciła moją uwagę figurka wodza — jego twarz była poważna, spokojna, jakby patrzyła trochę poza czas.

Rano, zanim ktokolwiek się obudził, przeszłam cały teren pensjonatu.
Chciałam poczuć to miejsce, dotknąć go, zobaczyć każdy detal.

A potem spotkałam konia.
I to było najczulsze powitanie tego wyjazdu.


Droga na Skrzyczne: stromy stok i modlitwa

Gospodyni zaproponowała szlak „od siebie”, wychodzący prosto z posesji.
Nie wyglądał zachęcająco — to był stromy stok narciarski, bez ścieżki, bez wytchnienia.

Każdy krok w górę ciągnął ciało do tyłu.
Ścięgna napięte do granic.
Oddech rwany, ciężki, nieregularny.

Modliłam się słowami:

„Pod Twoją obronę uciekamy się…”

I te słowa też były przerywane — tak samo jak mój oddech.

To był trud, który nie pozwalał się zatrzymać.
A jednocześnie zatrzymanie groziło upadkiem.

A jednak szłam dalej.
Nie dlatego, że było lekko, ale dlatego, że czułam, że mam iść.


Mgła, wiatr i szczyt

Wreszcie doszłam do płaskiego odcinka.

Wiatr szarpał wszystkim.
Mgła otuliła mnie jak gigantyczna dłoń — chłodna, mokra, ale obecna.

Wciągnęłam ciepłe ubranie, weszłam na żółty szlak i ruszyłam dalej.
Aż w końcu…

Byłam na Skrzycznem.


Powrót: chwila załamania, która stała się chwilą mocy

W drodze w dół poślizgnęłam się.
Upadłam.
Kolanem uderzyłam w kamienie tak mocno, że na chwilę zabrakło mi siły, żeby wstać.

Krzyczałam do siebie.

„Nie mam już siły!
To jest ekstremalny wysiłek!
Muszę wrócić zdrowa do mamy!
Nie mogę mieć kontuzji!
Jeszcze pół roku nie minęło od operacji!”

Nie usłyszałam żadnej odpowiedzi.

Więc sama nią się stałam.

Podniosłam się.
I poszłam dalej.


Powrót do domu i dramat w akwarium

Kiedy dotarłam do domu, byłam wyczerpana.
A tam czekał kolejny obraz — dramatyczny, ale prawdziwy.

Rybki walczące o życie.
Jedna odwrócona do góry brzuchem.
Bocje przy dnie, z oskrzelami pracującymi jak skrzydełka.

Filtr przestał działać.

Naprawiłam go szybko, ale jedna rybka odeszła.
Owinęłam ją w biały ręcznik.
Zamroziłam.
W najbliższych dniach pochowam ją w jeziorze.

Tak zakończyła się ta podróż — powrotem do troski i delikatności.


Ta podróż — choć krótka — była wszystkim naraz:

  • znakiem (ptaki),
  • wysiłkiem (Czupel),
  • bliskością (koń, gospodarze),
  • trudem (stok),
  • modlitwą,
  • upadkiem,
  • podniesieniem,
  • mgłą,
  • słońcem,
  • powrotem,
  • opieką,
  • i czymś jeszcze…

Była odpowiedzią na niewypowiedziane pytanie.

Bo czasem trzeba iść — nawet w szarości, nawet w deszczu — żeby usłyszeć siebie.


Na koniec

Nie czekałam na ładną pogodę.
Czułam, że mam ruszyć.
I ruszyłam.

I to wystarczyło.



Dodaj komentarz