Droga na Łysicę

Jechałam w stronę Łysicy, a świat okrywał się mgłą.
Jakby ktoś spuszczał białą zasłonę między tym, co było,
a tym, co dopiero miało się wydarzyć.

Mżawka dotykała szyby delikatnie,
jakby chciała uspokoić moje myśli
i sprowadzić mnie do tej jednej chwili,
która jest tutaj.
Teraz.
Bez potrzeby widzenia więcej.
Bez napięcia.
Bez pośpiechu.

Nie musiałam już patrzeć daleko.
Widziałam tylko kilka metrów przed sobą.
I to wystarczyło.
Droga prowadziła sama.


Kiedy stanęłam pod tablicą „Łysica – Skała Agaty”,
poczułam, że to nie jest wejście na górę.
To jest wejście do środka mnie.

Liście ułożyły się pod stopami,
jak miękkie posłanie dla zmęczonej duszy.
Każdy krok szeptał:
„Jestem. I to wystarcza.”

A potem przyszły kamienie.
Surowe. Mokre.
Głęboko zakorzenione.
Jakby przypominały,
że droga ma warstwy,
których nie da się ominąć.
Przechodzi się przez nie
z ciałem i z sercem.

Szłam lekko.
Uśmiechałam się do ludzi,
jakbyśmy znali się od dawna.
Cukierki w dłoni stały się małym darem radości.
A ich zaskoczone oczy były jak otwarte okna.


U źródełka św. Franciszka zanurzyłam dłonie w zimnej wodzie.
Poprosiłam o miękkość dla twarzy.
O światło dla oczu mojej mamy.
O ulotne, ciche uzdrowienie,
które nie musi być widoczne,
żeby było prawdziwe.

Nie wiedziałam, czy ta woda cokolwiek zmieni.
Ale wdzięczność przyszła zanim poprosiłam.


Na szczycie czekał krzyż.
Zwyczajny.
Bez ciężaru monumentalności.
Taki, który po prostu jest.

Przytuliłam go.
Jak przytula się coś,
czego już nie trzeba się bać.

I przyszło zdanie, ciche i proste:

„Nie bój się krzyża, który niesiesz.”


Schodziłam powoli.
Z uśmiechem, który nie był zrobiony,
ale urodził się sam.
Jakby powrót był równie ważny jak wejście.

I wtedy poczułam to jedno słowo,
które zostało we mnie
po wszystkim:

Wdzięczność.

Nie za odpowiedź.
Nie za zrozumienie.
Tylko za to, że byłam.
I mogłam iść.
I mogłam wrócić.



Dodaj komentarz