Czasem nie trzeba niczego planować. Wystarczy wyjść — po prostu, krok za krokiem, oddając się temu, co niesie dzień. Tego ranka las pachniał wilgotnym powietrzem, a cisza miała w sobie coś kojącego, jak obietnicę spokoju. Zatrzymywałam się co chwilę — nie dlatego, że musiałam, ale dlatego, że chciałam poczuć każdą chwilę naprawdę.
Woda była gładka jak szkło. Odbijała niebo, gałęzie i mnie — zanurzoną we własnych myślach i w tym, co jest tuż przed oczami. Stałam chwilę dłużej, bo w tej tafli było coś więcej niż obraz. Było zatrzymanie.

Obecność — uśmiech chwili

Patrząc na swoje odbicie w obiektywie, uświadomiłam sobie, że dawno nie widziałam się tak spokojną. Bez pośpiechu. Bez napięcia. Z lekkim uśmiechem, który nie próbuje niczego udowadniać — po prostu jest.
Chwila w dłoniach — herbata i słowa

Usiadłam na ławce. Ciepło kubka przenikało przez palce, a słowa z książki współbrzmiały z ciszą lasu. Herbata parowała jak oddech ziemi. To był mój mały rytuał obecności.
Światło między drzewami

Światło spływało między gałęziami jak złoty deszcz. Przystanęłam i pozwoliłam mu trwać — na twarzy, na powiekach, w sercu. Jesień potrafi być czuła, jeśli człowiek się zatrzyma i da się jej dotknąć.
Czerwony szept lasu

Ten drobny akcent na ścieżce zatrzymał mnie i rozbawił swoją intensywnością. Jak sygnatura natury. Jak przypomnienie, że nawet najmniejszy detal potrafi przyciągnąć uwagę i zachwyt.
Kiedy wracałam, miałam wrażenie, że niosę ze sobą coś więcej niż wspomnienie spaceru. Światło zostało ze mną. Zapach ziemi także. I ta myśl — tak prosta, że prawie przezroczysta:
Wystarczy być
Ten spacer przypomniał mi, że spokój nie przychodzi z zewnątrz. On budzi się wtedy, gdy wreszcie zatrzymuję się w sobie.
