
czyli jak dwa ptaszki nauczyły mnie, że nie wszystko trzeba mieć pod kontrolą
Siedziałam przy stoliku na plaży. Cisza, filiżanka kawy, talerz z ciastem i odrobina oddechu – ten moment, kiedy wszystko cichnie i świat zostaje na chwilę na zewnątrz.
I wtedy się pojawiły.
Nie jeden, a dwa ptaszki.
Delikatne, uważne, ale odważne. Przysiadły się do mnie – naprawdę blisko. Nie krążyły niepewnie. Nie czekały, aż odejdę. Po prostu zasiadły przy moim stole, jakby znały mnie od dawna.
Zaczęły dziobać okruszki z mojego ciasta. Patrzyły raz na talerz, raz na mnie. I wiecie co? Nie uciekły. Nie przestraszyły się mojej obecności. Byłam częścią ich chwili – a one mojej.
Nie próbowałam ich przegonić.
W tej prostocie – cisza, morze, słońce i dwa ptaki – było coś więcej niż tylko poranek.
To było małe święto zaufania.
Nie każda obecność potrzebuje zaproszenia.
Czasem wystarczy usiąść spokojnie i zostawić kawałek miejsca – nawet na małym talerzu z ciastem.

