To był ostatni taniec przed operacją.
Byłam w grupie kobiet, z którymi dzieliłam przez miesiące nasze popołudnia, pełne ruchu i muzyki.
Tego dnia, pod koniec zajęć, instruktorka puściła Hallelujah Leonarda Cohena.
Ten utwór nigdy wcześniej nam nie towarzyszył.
Kiedy popłynęły pierwsze dźwięki, poczułam, że coś we mnie drży.
Tańczyłam, widząc innych przez oczy zasnute łzami.
Próbowałam się powstrzymać – ale nie byłam w stanie.
Łzy były silniejsze.
Ciało rozpadało się i jednocześnie wzmacniało z każdym ruchem.
Uczucie w środku było jak fala: przejmujące, nie do zatrzymania.
Mój rozum szeptał mi, bym się nie bała.
Przypominał, że w chrześcijaństwie Alleluja to zwycięstwo nad śmiercią.
Ale to nie rozum tańczył.
To moje ciało mówiło.
Płakało. Modliło się. Składało się z powrotem.
Po zajęciach podeszłam do prowadzącej.
Zapytałam, dlaczego puściła właśnie ten utwór – akurat dziś, akurat teraz.
Spojrzała na mnie z zaskoczeniem. Powiedziała cicho:
– Nie wiem. Sam się wybrał.
Opowiedziałam jej, co się wydarzyło w czasie tańca.
Powiedziałam, że za kilka dni będę miała poważną operację. Że się boję.
Przytuliłyśmy się.
I wtedy już obie płakałyśmy.
Od tamtej pory była przy mnie – z dobrym słowem, z obecnością.
Melodia Hallelujah nie opuszczała mnie ani przed operacją, ani po niej.
Była we mnie.
W głowie.
W ciele.
W ruchu i bezruchu.
W świcie, kiedy bałam się obudzić.
W nocy, gdy nie mogłam zasnąć.
To Hallelujah stało się moim schronieniem.
I moją drogą powrotną.
