Ten tekst pojawił się we mnie cicho.
Nie był planowany ani zaplanowany. Wyrósł gdzieś pomiędzy filiżanką kawy a uczuciem, że znów się zgubiłam w codzienności.
Czułam wtedy, że potrzebuję siebie – nie jako zadania do wykonania, ale jako obecności, która nie ucieka.
Napisałam go nie po to, żeby cokolwiek zamknąć, ale żeby uchylić – kawałek prawdy, kawałek światła.
Żeby przypomnieć sobie, że nawet jeśli nie znajduję równowagi, to nie rezygnuję z siebie.
I że to też jest wystarczające.
Czasem mam wrażenie, że jestem w ciągłym ruchu – w drodze, między jednym zadaniem a drugim, pomiędzy troską a zmęczeniem.
Zdarzają się dni, kiedy ten czas dla mnie wydaje się kradziony.
Jakby nie był mój.
Jakby cisza, filiżanka kawy czy myśl, która przychodzi niespodziewanie – były luksusem, na który nie zasługuję.
A jednak trzymam siebie za rękę.
Nie mocno.
Czasem tylko palcem dotykam własnej obecności.
Ale to wystarcza, by nie zatracić się do końca.
To nie jest historia o tym, że znalazłam równowagę.
To jest opowieść o tym, że nie rezygnuję z siebie – nawet kiedy świat nie zostawia wiele przestrzeni.
Nie zawsze umiem się zatrzymać.
Zdarza się, że ciało siedzi, a myśli biegną dalej – jakby były zaprogramowane na niekończącą się gotowość.
Jakby każda chwila spokoju musiała zostać natychmiast usprawiedliwiona.
Ale czasem przychodzi coś prostego.
Wyprawa w góry.
Ptaszek na plaży.
Kawa wypita do końca.
Zdanie przeczytane dwa razy – nie dlatego, że trudne, ale dlatego, że chciałam je poczuć.
Bo to, co działa, co mnie trzyma, co mi przypomina, że jestem – ma prawo być takie, jakie jest.
Trzymam siebie za rękę.
I nie puszczam – nawet gdy cały świat mnie woła.
