W ostatni dzień górskiej wędrówki przygoda nabrała niespodziewanego smaku – samochód
odmówił posłuszeństwa w Bielicach, gdzie nie ma pociągów ani autobusów.
Mogłoby się wydawać, że to koniec podróży, ale właśnie wtedy otworzyły się serca ludzi.
Jedni podwieźli mnie do Stronia Śląskiego, inni do Kłodzka, skąd mogłam już ruszyć pociągiem do Wrocławia i dalej do Poznania.
Życzliwość i empatia spotkanych osób sprawiły, że te góry zapisały się w moim sercu jako miejsce
naprawdę wyjątkowe.
Sobota była pełna wysiłku – 20 kilometrów z Rudawca na Postawną i z powrotem do Bielic.
A niedziela, choć deszczowa, miała w sobie szczególną magię. Tego dnia obchodziłam urodziny.
Weszłam na Kowadło i zapaliłam tam dla siebie świeczkę. Poczęstowałam turystów cukierkami, a
atmosfera zrobiła się tak dobra, że nagle zza chmur wyszło słońce. Zostało ze mną aż do powrotu –
jakby chciało być moim gościem i prezentem od świata.
Samochód wciąż stoi i czeka na lawetę, ale to nie on zostanie w pamięci. Zostanie światło świeczki,
smak górskich cukierków, smak malin, pogoda, która potrafi się zmienić w jednej chwili – i ludzie, którzy swoją dobrocią pokazali, że podróż to zawsze coś więcej niż droga.
Świeczka marzeń na przyszłość – mały płomień, który rozświetla serce bardziej niż słońce.
