W maju tego roku spełniłam jedno ze swoich marzeń – pobiegłam w biegu WINGS FOR LIFE.
To wydarzenie wyjątkowe, bo biegnie się dla tych, którzy nie mogą.
Każdy krok niesie intencję, a każdy kilometr ma w sobie sens większy niż sam wysiłek.
Biegłam z intencją, za tych, którzy nie mogą chodzić, którzy codziennie zmagają się z ograniczeniami ciała i bólem. Ale też, żeby moja operacja się udała.
Chciałam, żeby mój wysiłek był choć małym znakiem solidarności, wspólnoty i nadziei.

Biegłam dla tych, którzy nie mogą – ze skrzydłami nadziei
W czasie biegu czułam niezwykłą jedność z innymi uczestnikami. Nie było między nami rywalizacji, lecz wspólna droga, w której każdy krok stawał się częścią większej opowieści.
Była w tym radość, wzruszenie i poczucie, że razem możemy więcej.
Kiedy biegłam , moje serce biło szybciej nie tylko z wysiłku, ale i z poczucia, że uczestniczę w czymś większym – w geście, który przekracza jednostkowe doświadczenie.
Byłam częścią wspólnoty, która wierzy, że można zmieniać świat – choćby krok po kroku.

Medal na szyi, wdzięczność w sercu
Ten bieg był dla mnie nie tylko realizacją marzenia, ale także lekcją wdzięczności – za każdy krok, który mogę zrobić, za wspólnotę, której mogłam doświadczyć i za to, że nawet w trudzie można odnaleźć sens.
Niosłam w sobie satysfakcję, że mogę przyczynić się odrobinę do dobra ludzkości. I to uczucie zostanie we mnie na zawsze – jak dowód, ze spełnione marzenia są po to, by dzielić się z innymi.
